Recenzje
Recenzja albumu „A Tribute To Fred Katz” | Jazz Forum 1-2/2026
Młody, klasycznie wykształcony wiolonczelista Paweł Czarakcziew zadebiutował w roli lidera zespołu jazzowego. Samo to nie byłoby może zdarzeniem nadzwyczajnym, gdyby nie fakt, że artysta zwrócił się ku absolutnym źródłom wiolonczelowej improwizacji w jazzie. Z pewną konsternacją odkryłem, że niewiele o tej powinności wiedziałem do tej pory. Czarakcziew jest pierwszym w historii improwizującym wiolonczelistą – Freda Katza, a właśnie jego twórczość stała się kanwą poszukiwań młodego muzyka z Krakowa.
Powstanie albumu jest jednym z efektów imponującej pracy, którą Czarakcziew wykonał na potrzeby doktoratu. Polski wiolonczelista jako jedna z niewielu osób na świecie wnikliwie przestudiował dorobek Katza, będącego przecież jednym z bliskich współpracowników samego Chico Hamiltona. Już okoliczności nagrania albumu to temat na solidną opowieść, która gdyby chciało się ją napisać szczerze, z pewnością nie przyniosłaby tak niespodziewanych zwrotów akcji i pociągających rozmaitych wątków. Dość powiedzieć, że płyta powstała w Kalifornii, przy pełnej aprobacie i pomocy ze strony rodziny Katza, a w nagraniach gościnnie wziął udział m.in. syn Freda, za produkcję odpowiada sam Bernie Grundman (współpracownik m.in. Prince’a, Earth Wind & Fire i Steely Dan), a w studiu pojawił się (a przy okazji został autorem liner notes) John Densmore z The Doors.
Wszystko to jednak stanowi tylko otoczkę (wszem dość niesamowitą) dla zawartości albumu „A Tribute To Fred Katz”, a ta jest po prostu znakomita! Repertuar płyty opiera się na utworach napisanych i wykonywanych przez Freda Katza, a uzupełniony został jedną autorską kompozycją Czarakcziewa. Żywiołowość i świeżość wykonania osadzona została w autentyczności przywołującej na myśl ducha epoki, w której tworzył Katz. Nagrania nie zdradzają, że wciąż mamy do czynienia z muzykami bardzo młodymi, jest w nich pewność, a nawet pewna doza brawury. Muzyka ożywa w nowych aranżacjach, a liczące sobie dziesiątki lat utwory nie brzmią ani trochę anachronicznie.
Paweł Czarakcziew to artysta szalenie utalentowany, lider, który potrafi prowadzić zespół zgodnie z własnym konceptem, obdarzony zmysłami pozwalającymi na swobodę badawczą, wnikliwą analizę i budowanie nieprzekonującej interpretacji. Klasyczny warsztat zapewnia mu sprawność w sferze wykonawczej, a świetna intuicja muzyczna uwiarygadnia go w roli improwizatora.
Nie przesadzę, jeśli podsumuję ten tekst stwierdzeniem, że otrzymaliśmy tu jeden z najbardziej niesamowitych debiutów w polskim jazzie XXI wieku.
– Rafał Zbrzeski (Radio Kraków)
Recenzja albumu „A Tribute To Fred Katz” | Portal Winylowy (link)
To nie tylko hołd dla legendarnego wiolonczelisty, ale również okazja do pokazania własnego talentu. Paweł Czarakcziew wraz z zespołem The Jazz Cats tchnęli nowe życie w utwory Freda Katza, znajdując w nich ogromne źródło inspiracji. Album „A Tribute To Fred Katz” sprawnie łączy historię i tradycję z młodością, a przy tym na nowo udowadnia, że wiolonczela w jazzie może być intrygującym instrumentem.
Połowa lat 50. XX wieku. Świat jeszcze niewiele wie o rock’n’rollu, instrumenty elektryczne nie są tak powszechne, a przed jazzem wciąż długa droga rozwoju. Właśnie wtedy rozgłos zdobywa Fred Katz – wiolonczelista, który wprowadził ten jakże klasyczny instrument na jazzową scenę, łącząc – jak to napisano w liner notes – Wiedeń z Nowym Orleanem. Dziś podobne zestawienia nie stanowią już novum, ale dzięki takim muzykom jak Czarakcziew i The Jazz Cats nadal są atrakcyjne dla słuchacza.
„A Tribute To Fred Katz” zawiera dziewięć utworów Katza bądź przez niego spopularyzowanych oraz jeden bonus, o którym za chwilę. Zespół wykonuje je z młodzieńczą energią, ale również z wielkim szacunkiem do swojego Mistrza. Słychać, że panowie hołdują tzw. starej szkole, a ich kultura gry jest żywcem wzięta z lat 50. i 60. W składzie panuje duża demokracja, bo chociaż wiolonczela z oczywistych względów znajduje się na pierwszym planie, każdy instrument ma swoją własną przestrzeń, by zaistnieć. Przemysław Stefańczyk tworzy piękne solówki na fortepianie, basista Mikołaj Sikora sprawia, że utwory miękko pulsują, a perkusista Tomasz Starowicz z wyczuciem i precyzją dba o rytm oraz dynamikę. W tak zgranym towarzystwie Paweł Czarakcziew pokazuje kunszt jako wiolonczelista i prezentuje największe atuty swojego instrumentu.
Zespołowi towarzyszą również wyjątkowi goście. W utworze „Goodbye Baby” usłyszeć możemy wokalistkę Debbi Ebert, a w „My Funny Valentine” na flecie gra… Hyman Katz – syn głównego bohatera płyty. Historię o tym, jak Paweł Czarakcziew do niego dotarł przeczytacie w liner notes, ale sam fakt, że doszło do takiego spotkania czyni z „A Tribute To Fred Katz” projekt wyjątkowo szczery i osobisty dla wszystkich zaangażowanych muzyków.
Wreszcie kilka słów o ostatnim utworze – „O czym ty mówisz?”. To autorska kompozycja Pawła Czarakcziewa. Siedmiominutowe, wciągające dzieło, które znacząco wpływa na odbiór całej płyty. Dzięki niemu to nie tylko tribute album czy też zbiór coverów, ale powiedzenie czegoś od siebie, a wręcz przejęcie pałeczki w budowaniu historii obecności wiolonczeli na jazzowej scenie. Celny ruch, świadczący też o poczuciu własnej wartości, całkowicie zresztą uzasadnionym.
Płyta została wydana bardzo klasycznie, bez żadnych dodatków, które w tym przypadku pełniłyby raczej funkcję rozpraszaczy. Mamy tradycyjny czarny winyl i interesującą okładkę. Co istotne, nawiązuje ona do obwoluty albumu Katza pt. „Fred Katz and His Jammers” z 1959 roku. Dokładną prezentację obejrzycie w naszej rolce z unboxingiem.
Wyobraźcie sobie niespieszny, słoneczny poranek w przytulnym wnętrzu z kubkiem dobrej kawy. Album „A Tribute To Fred Katz” to idealny soundtrack do takiej sceny. Płyta przy której pośpiech i napięcie są niewskazane.
15 maja 2025 r.
– Jakub Krzyżański
Recenzja albumu „A Tribute To Fred Katz” | Polska Płyta / Polska Muzyka (link)
„A Tribute To Fred Katz” to najnowszy projekt zespołu Czarakcziew and the Jazz Cats, będący hołdem dla pierwszego jazzowego wiolonczelisty w historii – Freda Katza. Premiera albumu odbyła się 4 kwietnia 2025, a poniżej można znaleźć naszą recenzję tego niezwykle ciekawego wydarzenia.
Ten album, to nietuzinkowa odsłona twórczości pierwszego jazzowego w historii wiolonczelisty – Freda Katza. Mowa o płycie „Tribute to Fred Katz”, która została nagrana przez niezwykle świadomego, pełnego pasji i zawodowstwa zespołu Czarakcziew and the Jazz Cats, na którego czele stoi Paweł Czarakcziew. To on sięgnął po nieco zapomnianą twórczość, nadając jej współczesnego tonu poprzez imponujące zagłębienie się w temat, wynikające z prowadzonych badań nad całkiem obszernymi i jakże interesującymi dokonaniami nieżyjącego już artysty.
Pół roku spędzone przez Pawła w Los Angeles, nawiązanie współpracy z synem Katza, analiza twórczości Freda, dzisiejsze przearanżowanie… to wszystko sprawia, że dostaliśmy projekt zupełnie niestandardowy, a jednocześnie z szacunkiem odnoszący się do spuścizny, o której nie powinniśmy zapominać. Zresztą Czarakcziew – jak łatwo się domyślić – również jest znakomitym wiolonczelistą, więc cała idea stała mu się niezwykle bliska, a dochodzi do tego jeszcze autentyzm i zrozumienie tematu poszczególnych utworów. To sprawia, że dostaliśmy zestaw wybornie poprowadzonych kompozycji, które emanują czymś niestandardowo pięknym.
Nie ma w tym archaicznych naleciałości, mogących niwelować pozytywny odbiór tych propozycji, z których udało się wyciągnąć pierwiastek czegoś ponadczasowego, a przy okazji głębokiego w swej znakomitej wymowie. A znajdziemy tu wiele – od romantycznych motywów, szlachetnie jazzowej wykładni muzycznej, aż po elementy swingu a nawet soulu (frapujące „Goodbye Baby” z udziałem aktorki i wokalistki o zjawiskowym, niskim głosie – Debbi Ebert).
Wracając do syna Katza, na albumie usłyszymy jego flet (hipnotyzujący, głęboko osiadły w tradycji utwór „My Funny Valentine” z udziałem Hyman’a Katza)… choć tak naprawdę o każdej kompozycji można rozpisywać się w osobnym kontekście. Ten album to przecież ponad godzina wybornie brzmiącej i nieprzeciążanej stylistycznie muzyki, gdzie klasyczna prezencja wiolonczeli łączy się z jazzową otwartością, choć nie brakuje też bardziej powściągliwych, wytrawnych momentów („Granada”).
O projekcie należy też mówić w kontekście całego zespołu, bo jednak obok wiodącej roli wspomnianego instrumentu, należyte skoordynowanie następuje przy udziale wszystkich muzyków, czyli Przemysława Stefańczyka (fortepian), Mikołaja Sikory (kontrabas) i Tomasza Starowicza (perkusja). Ich improwizacje nie są wymuszone, sztampowe i z należytą przykładnością odnoszą się do pierwowzorów Freda Katza (np. „Dixie, Why Not?”). Jedynie nie bardzo zrozumiała wydaje się idea związana z okładką płyty, która w przeciwieństwie do wykonań, wydaje się nieco pretensjonalna.
Warto dostrzec wyraźny ukłon w stronę jazzowej sceny lat 50. i 60. XX wieku, ale ze współczesną myślą artystyczną, gdzie świeżość wynika z umiejętnego przemieszczania się po skali muzycznej ekspresyjności. Dlatego album „Tribute to Fred Katz” powstał przy zachowaniu wzorcowych zasad, ale także wolności twórczej, która pozwoliła nadać indywidualny koloryt jakże dorodnym utworom mistrza. W tym przypadku właśnie to wyważenie jest znakomite i pozwala patrzeć na projekt zespołu Czarakcziew and the Jazz Cats, jako jedno z ciekawszych wydarzeń, jakie miały miejsce w ostatnich miesiącach.
24 kwietnia 2025 r.
– Łukasz Dębowski
